|
„Śmierci nie ma, jest
tylko iluzją. Czas także jest iluzją. Każda chwila, która raz
zaistnieje, nigdy nie mija”*
Nastała Faza Hobarta,
czas odwrócił swój bieg. Żyjemy w świecie, w którym na
powitanie mówi się „żegnaj”, a rozstaje z uprzejmym „witaj”.
Posilamy się – ze smakiem wymiotując jedzenie, które odstawiamy
potem do lodówki, wdmuchując dym w niedopałki, odtwarzamy kształt
papierosa. Nastał czas zapowiedziany w Biblii. Pod ziemią budzą
się umarli.
Cząstki materii
rozproszone we wszechświecie na nowo łączą się w formę
poprzedzającą zgon. Ta ulega stopniowej regresji. Cofa się do
stanu prenatalnego, znajduje macicę – wolontariuszkę i zanika.
Spod ziemi coraz częściej słychać głosy zmartwychwstałych
staronarodzonych. Tych trzeba jak najszybciej wyciągnąć z grobów,
by przeżyli swą drugą szansę istnienia. W rankingu skuteczności
miejscowych vitariów (firm odnajdujących wskrzeszeńców i
sprzedających ich temu, kto da najwięcej) przoduje Flaszka Hermesa.
Właściciel, Sebastian Hermes szczyci się niezłym zmysłem
przewidywania kolejnych przebudzeń. Następny w kolejce ma być
Anarcha Peak, za życia charyzmatyczny guru. Rozpoczyna się gra, kto
da za niego więcej.
Każdy kto miał do
czynienia z Dickiem wie, że fantastyczne dekoracje są zaledwie
wstępem do faktycznej treści jego utworów. Wie także, że w
sferze zainteresowań autora czołowe miejsca zajmują rozważania
nad miejscem człowieka i kondycją rzeczywistości. Wbrew wskazówkom
zegara to zdecydowanie traktat o istnieniu w sensie globalnym.
|
Filozoficzne powinowactwa nie są trudne do rozszyfrowania: od
świętych Tomasza z Akwinu i Augustyna (cytowanych często i gęsto)
po Spinozę i monady Leibniza (w realizacji). W ich kontekście świat
wydarty z klasycznej linearności ewolucji nie jest pretekstem do
zabawy w odwracanie zdarzeń, ale szansą na objęcie absolutu,
kompleksu wieczności idei, formy zmienianej zaledwie kształtem
materii.
„Wszechświat jest
układem koncentrycznych kręgów rzeczywistości; im większy krąg,
tym większy jego udział w absolutnej rzeczywistości. (…) Zło
jest pośledniejszą rzeczywistością, (…) jest brakiem absolutnej
rzeczywistości, a nie dowodem na istnienie złego Boga. Tak więc
odwieczny dualizm nie istnieje. Zło jest iluzją, podobnie jak
rozkład i śmierć. (…) W odczuciu człowieka to właśnie jest
złem: rozpad formy. Ale (…) to iluzja, raz bowiem powstała forma
jest wieczna – tylko że nieustannie przechodzi ewolucję. Nie
jesteśmy w stanie dostrzec formy (…) potrafimy bowiem dostrzec
tylko wycinek rzeczywistości”*.
W kontekście całości
twórczości Dicka, Wbrew wskazówkom zegara pod względem realizacji
przedstawia się raczej średnio. Niemożliwe było bowiem
konsekwentne trzymanie się pomysłu odwracania zachowań -
bohaterowie nie chodzą do tyłu, mówią także w naturalnym
porządku. Jeśli zaś pominąć warstwę filozoficzną, zrobi się z
tego fantastyka o mocno sensacyjnym zacięciu: pościgi, strzelaniny,
porwania – rekwizyty spod znaku kina akcji, jak się patrzy. Samej
fabuły również jest niewiele: wątek Anarchy przeplata się z
Sebastianem i jego żoną.
Dick nawet nie starał
się ukryć, że warstwa rozrywkowa jest w powieści tylko dekoracją.
Niedomówienia, nierozwiązane potencjały motywów, brak
konsekwencji są jednak niczym przy wymowie całości. W katalogu
pytań o granice istnienia Dick dotknie bowiem tym razem
nieskończoności, rozszerzy krąg życia na wieczność
nieograniczoną czasem i formą fizyczną. Początkowy absurd okaże
się przez to najprostszym wykładnikiem optymistycznych teorii
wszechistnienia.
*P.K.Dick, Wbrew
wskazówkom zegara, Poznań 2013, s. 285-286.
|
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą falka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą falka. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 11 lutego 2014
P. K. Dick, Wbrew wskazówkom zegara
M. Raduchowska, Demon luster
|
Ostatni czas nie należał
dla Idy do najłatwiejszych. Pogodzić się z faktem, że jest się
szamanką od umarlaków, to jedno. Wpaść w sam środek
czarnomagicznego kotła, drugie. Duchy mamroczące nad głową,
demony zamieszkujące ciała niedawnych sąsiadów, zmarła ciotka
wygłaszająca tyrady, to stanowczo za dużo jak na jedną kobietę. A
przecież Ida chciała być tylko zwykłą, nudną studentką...
Rodowa tradycja
zobowiązuje, w rodzinie Brzezińskich nikt nie został oszczędzony
przez magiczny dar. Idzie, niechętnie przystającej na taki stan
rzeczy, trafił się talent niezwykły: gdzieś pomiędzy medium i
banshee narodziła się szamanka od umarlaków. Chcąc nie chcąc,
przeprowadza zmarłych na drugą stronę Rzeki. Ale to nic w
porównaniu z wizjami wieszczącymi śmierć poniektórych. Tym
właśnie sposobem przewidziała śmierć Mikołaja, którego, Pech
chciał, zamordowała własnoręcznie. Jakby tego było mało,
obiecała jego żonie, że odprowadzi duszę czarodzieja na zielone
łąki zaświatów. Problem w tym, że dusza Mikołaja zaginęła, a
za niedotrzymane obietnice płaci się najwyższą stawkę.
Niebyt coraz szybciej
zbliża się w okolice Idowej duszy. Jedynym sposobem na jego
uniknięcie jest rozwiązanie zagadki Demona Luster, który więzi
Mikołaja. Brzmi prosto, ale przecież Ida ma koło siebie
nieodzownego towarzysza – Pecha. Za jego sprawą najprostsze
zadania zmieniają się w piękną katastrofę.
|
Demon Luster –
kontynuacja Szamanki od umarlaków, to pozycja która znacząca
wyróżnia się na polskim rynku fantastyki. Z jednej strony
teoretycznie banalny pomysł (medium w tarapatach) z drugiej świetna
realizacja, na którą oprócz kilku ciekawych postaci (Kruchy,
Tekla) i uroczych dziwactw (Łapacz Snów!) składa się przede
wszystkim humor. Ten maskuje nawet fakt, że spora część prozy
Raduchowskiej to zbieranina najróżniejszych motywów i klasycznych
rozwiązań, które czytelnik zna do znudzenia.
Jeśli Szamanka od
umarlaków była powieścią dobrą, której żal było kończyć, to
Demon Luster jest, o dziwo, jeszcze lepszy. Raduchowska wykorzystała
fabułę maksymalnie, naładowała (przeładowała) ją wątkami,
sięgającymi w głąb iście szkatułkowo. Pokomplikowała losy
bohaterów w sposób nie do końca oczywisty. Mimo tego układanka
składa się w spójną całość, a nawet gdyby tak nie było, same
opracowania poszczególnych wątków osobowych robią spore wrażenie.
I choć czasem miało się nieodparte wrażenie, że za dużo tego
dobrego w jednym miejscu, czytało się z nielichą przyjemnością,
przerywaną wybuchami niekontrolowanego śmiechu.
|
czwartek, 6 lutego 2014
H. Wecker – Golem i dżin. Część I
„Jak dotąd wieczór
dżina okazał się dosyć rozczarowujący. Skorzystał z ładnej
pogody i wyszedł, chociaż bez większego entuzjazmu.(...)
Powędrował na północny wschód,wzdłuż Park Row (…). Na środku
stała samotna kobieta. Początkowo dżin dostrzegł jedynie, że to
kobieta wyglądająca na porządną, która stała samotnie środku
nocy na opuszczonym trawniku. Było to dziwne, ale wytłumaczalne.
Lecz nieznajoma nie miała ani płaszcza, ani kapelusza (…) Była
obłąkana czy tylko zagubiona? (…) Wtedy dopiero dostrzegł, że
kobieta nie jest człowiekiem, lecz żywym kawałkiem ziemi. (…) -
Czym jesteś? - zapyta dżin. (…) - Nie jesteś człowiekiem.
Jesteś stworzona z ziemi. W końcu nieznajoma się odezwała: - A ty
jesteś stworzony z ognia”*.
Na statku płynącym do
Ziemi Obiecanej – XIX wiecznego Nowego Jorku, umiera młody meblarz
Rosenfelt. Pozostawia w żałobie żonę, która dziwnym zachowaniem
wzbudza konsternację współpasażerów. W końcu, z rozpaczy jak
można by sądzić, rzuca się do morza. Gdy wychodzi o własnych
siłach na nowojorski brzeg, nikt nie może nawet przeczuwać, że to
nie działanie boskiej opatrzności, a mocy, które tchnęły w grudę
ziemi iskrę życia – stworzyły golema.
Przeciętny blacharz
Abeerly dostaje zlecenie naprawy ozdobnego flakonu. Standardowa praca
przynosi zaskakujący efekt: w warsztacie materializuje się nagi
mężczyzna – dżin zaklęty w ludzkiej postaci, zniewolony przed
laty we flakonie. Nie ma jednak zamiaru spełniać życzeń swojego
wybawiciela...
Dwie postaci, wyrzucone z bezpiecznych kart legend muszą radzić sobie w nieprzyjaznej rzeczywistości Nowego Jorku. Nie wiedząc nic o świecie, w którym przyszło im żyć, szukają miejsca, które umożliwi im przetrwanie. Krok pierwszy: nie wyróżniaj się z tłumu. |
Golem, istota stworzona
by służyć we wszystkim swemu panu, niespodziewanie zyskuje wolną
wolę. Przypadkiem trafia pod skrzydła opiekuńczego rabina, który
wprowadzi ją w tajniki powszedniości, pracy i skomplikowanych
stosunków społecznych. Dżin zamknięty w ciele człowieka znajduje
schronienie w warsztacie blacharza, któremu pomaga w obowiązkach.
Choć ich dni nie różnią się od życia zwykłych śmiertelników,
wśród bezsennych nocy mogą przypomnieć sobie, kim naprawdę są.
Samotni, w końcu natrafiają na siebie.
Należy pamiętać
jednak, że niniejsze wydanie to zaledwie preludium do właściwej
akcji. Fabryka Słów zdecydowała się na podzielenie powieści
Wecker na dwa odrębne tomy, co może zniechęcić niektórych
czytelników a narobić smaku na ciąg dalszy innym. Pomimo
staranności i szczegółowości, z która autorka snuje opowieść o
losach bohaterów, brakuje tu akcji, spinającej fabułę w zwartą
całość. Tej zapewne możemy oczekiwać w drugiej części „Golema
i dżina”. W niniejszej należy przygotować się na powolne
zawiązywanie wątków, wycieczki w przeszłość motywujące czasy
obecne, barwne budowanie postaci. Całość jest jednak interesująca
przez wzgląd na kulturowe odnośniki. Wecker porwała się na
stworzenie dzieła obfitującego w magię, legendy, wierzenia,
tradycje i historię. Czy jednak potencjał tych wszystkich elementów
da się połączyć w niebanalną całość, która prócz tła –
jakości samej w sobie, zaskoczy sprawnie rozwiniętą fabułą?
Czytelnicy, zmuszeni są poczekać na odpowiedź do wydania drugiej
części powieści.
|
*H. Wecker, Golem i dżin,
Lublin 2013, s. 621-622.
Za książkę dziękuję wydawnictwu:
piątek, 27 grudnia 2013
A. Kłos, Całkowity koszt wszystkiego
„Mój samochód miał
taki sen, że mieliśmy wypadek i on nie mógł mi pomóc.
Przewróciliśmy się po prostu i on został ranny. (…) Wóz nie
został ranny tak na poważnie, ale leciała mu krew. Więc ja
zaczęłam płakać. (…) Od jakiegoś czasu podróżujemy razem i
bardzo się z zżyliśmy przez wspólne siedzenie. Nie porzuca się
przyjaciół tak łatwo. (…) Zjawili się jacyś ludzie, którzy
zamiast nam pomóc, zepchnęli nas jak szmaty na pobocze. (…) Mówię
mu już po obudzeniu, nie martw się, ludzie bywają dobry. Ale kto w
to uwierzy? Zwłaszcza jak przeżył taką symboliczną śmierć”*.
O demaskowaniu absurdów
społecznych współczesności było już sporo w
literaturze.”Całkowity koszt wszystkiego” to takie małe pudełko
koszmarów codzienności. Ta rozciąga się jednak całkiem swobodnie
na rzeczywistość zewnętrzną i wewnętrzną; sny zmieszane z jawą,
jawa drażniąca bardziej niż niejedna mara, jeśli podmiot to tylko
porzucający klasyczne role i funkcje społeczne. Szukający, czy
tylko rejestrujący?
Zacznijmy od tego, że
rządzą tu scenki rodzajowe. „Całkowity koszt wszystkiego” to
zbiór kilkudziesięciu opowiadań w stylu nieograniczanym tabu
językowym i kulturowym. Czytelnik może spodziewać się paru
„kurew” i „kutasów”, lesbijskiej miłości i kilku głębszych
na dobry sen. („Odchyliłam
kołdrę, żeby zobaczyć, jakie ma nogi i zdębiałam. Miałam na
sobie białe bokserki, a między nogami kutasa. O kurcze, pomyślałam,
tym razem przegięłam”**). Nie ma to rzecz jasna
szokować (tak jakby w literaturze mogłoby coś jeszcze nas
zaskoczyć), ale zrywać z resztkami intymności, dopełniać studia
dosłowności w wyrażaniu emocji. Absurd sytuacji kontra szaleństwo
nocy.
Dalej to już tylko
obsesja patrzenia i odwracania widoku. Kłos skraca drogę od
zdarzenia do zapisu, proza pozbawiona diakrytyki, zapisywana w
tramwaju na kawałku starej gazety, dzieje się tu i teraz, podkręca
tempo świata, upodabnia literaturę do obiektywu aparatu. Brak tu
patosu, a więc i szumnej mitologii samej siebie. Podmiot występujący
przeciw rolom kobiecym/męskim i tożsamościowy rozgardiasz będzie
kojarzony z uwikłaniem w płeć, choć u Kłos brak litanii gorzkich
żali przeciwko patriarchatowi. Bliżej tu do poszukiwania w
otoczeniu karykaturalnie wyolbrzymionych kobieco-męskich masek i
póz. Szukania głosu dla bolączek „polaczków”, dresów spod
sklepu, czy Żyda z Birkenau.
„Jak byłam mała,
ćwiczyłam mięśnie z prawdziwymi kulturystami. (...)Romek
powiedział, włącz woksa , sobie poćwiczymy i usiedli. (…)
Stanęłam na krzesełku, a romek powiedział,więc wziąłem ci ją
w tej altance, wiesz w której, na stojąco. Nie było jak usiąść,
jej ojciec ma tam grabie. Anetka się paliła, ta suka, bracie. Włącz
tego woksa. A ja wciąż słuchałam”**.
Na to wszystko kładzie
się opowiadanie (świata i siebie), powtarzanie i oswajanie.
Opowiadanie bajek na nocne lęki, przegadywanie rzeczywistości i
snów. Język jako zawór bezpieczeństwa, bo rzeczywistość nocna i
dzienna okazuje się jednakowo koszmarna. Pozostaje wpisać się w
ten komiksowy klimat, a żywa narracja Kłos, choć niczego w świecie
nie zmienia, rejestruje jego wycinek. Bez przegadania, dosadnie i
niezmiennie absurdalnie.
*A. Kłos,
Mój samochód, [w:] tejże, Całkowity koszt wszystkiego, Wrocław
2009
**A. Kłos,
Kutas, [w:] tejże, Całkowity koszt wszystkiego, Wrocław 2009
**A. Kłos,
Altanka, [w:] tejże, Całkowity koszt wszystkiego, Wrocław 2009
Za książkę dziękuję
wydawnictwu
i portalowi
czwartek, 26 grudnia 2013
S. Szczepańska, Płaski koń
„Dawno donikąd nie
jechałem. Może dlatego, że miałem dokąd pójść. Ale nie miałem
gdzie zostać. Nie interesują mnie już wasze historie. Szukam
pomówienia z kimś, kto ma oczy, uszy, myśli, usta, czucie. Kto
wie, gdzie się zaczyna i kończy, gdzie jego trwanie jest mgliste, a
gdzie wyraźne. Szukam pomówienia, bo daleki już jestem od
posłuchania”*.
Proza (poetycka?)
Szczepańskiej mieści się w Pomiędzy. Między fabułą i resztkami
sennych majaków siłą napędową świata staje się medium języka.
Ten, z jednej strony przysłania sensy, gubi wątki w gęstej
metaforyce, z drugiej tworzy naddatek znaczeń.
„Płaski koń” to 9
krótkich tekstów dziejących się gdzieś na obrzeżach
rzeczywistości i ułudy, z bohaterami bez tradycyjnych znamion
tożsamości. Do zwyczajności dokopać można się tu jedynie
poprzez warstwy słów. Nie będzie to łatwe. Szybciej doświadczymy
marszu słoików, ataku nagich starców, zaklinowania pokojówek w
bawialni, nieba patrzącego prosto w oczy. Warstwa pierwsza to w
istocie metafora.
Kundera pisał gdzieś,
że metafory to zjawisko wielce niebezpieczne**. Szczepańska nie
traktuje jego ostrzeżenia zbyt poważnie i za metodę pisarską
obiera gry słowne ponad fabularnością. Bardzo gęste teksty tworzy
między innymi budowanie zdarzeń na rozbijaniu związków
frazeologicznych traktowanych dosłownie („Nie czytam między
wierszami, ponieważ nie ma już poezji”***). Odżegnując się od
racjonalności, tak traktowany język otwiera się na wszechświat
możliwości. Nie zawsze wykorzystanych. Proza Szczepańskiej jest
nierówna i mocno fragmentaryczna. Debiut często balansuje na
granicy banału/bełkotu, choć mocno chcę wierzyć, że pisanie
autorki nie jest jedynie wyciąganiem słów z kapelusza.
Zakładając, że na
ostateczny kształt dzieła literackiego każdorazowy wpływ ma
czytelnik, możemy uznać „Płaskiego konia” za raj
nadinterpretatorów. Pierwsze czytanie otumania językiem. Każde
kolejne wydobywa nowe sensy. Im głębiej w tekst tym lepiej, bo choć
proza Szczepańskiej nie jest dla wszystkich (zarzut bełkotu) ma
szanse dotrzeć do co cierpliwszych. Tych zauroczy chociażby
krajobraz Febry i Kombinatu, ni to zewnętrzny, ni wewnętrzny:
„Spędzając noce w
Kombinacie, bywałem obciążony cudzymi snami. Kleiły się do mnie
pod powiekami, tworzyły smutne błonki i prosiły o fuzję. Zimą
rodziło się ich najwięcej, wszystkie były nieopierzone i
rozpaczliwie mi bliskie, włączałem je więc w swoje cynamonowe
szlaki metaboliczne. W ten sposób sennie indukowany smutek udawało
mi się omijać w nieprzychylnej rzeczywistości. Nad ranem budził
mnie śmiech, pierwszy dowód niepoczytalności. O świcie wszystko
uciekało od śmierci i udawało życie”****.
Niejednoznaczność
wytworzona zabiegami językowymi naznacza styl Szczepańskiej
oniryzmem. Niemożność dotarcia do sedna tekstu budzi przyjemny
niepokój odbiorczy, drażniący i zapadający w pamięć. Całość
jest męcząca, często przegadana, ale niewątpliwie interesująca i
językowo mi bliska. Jakkolwiek porozrywane i niedopowiedziane
historie są kolejnym objawem literackiego (ludzkiego) Pomiędzy.
Jeśli więc to kolejna katastrofa, to czemu nie piękna jak tym
razem.
*S.
Szczepańska, Pomówienia, [w:] tejże, Płaski koń, Wrocław 2011
** „Metafory
są rzeczą niebezpieczną. Z metaforami nie należy igrać. Miłość
może się narodzić z jednej metafory” (M. Kundera, Nieznośna
lekkość bytu)
*** S.
Szczepańska, Febra, [w:] tejże, Płaski koń, Wrocław 2011
**** S.
Szczepańska, Kombinat, [w:] tejże, Płaski koń, Wrocław 2011
Za książkę dziękuję
wydawnictwu
oraz portalowi:wtorek, 17 grudnia 2013
M. Tabaczyński, Widoki na ciemność
"O czymkolwiek bym tu nie próbował pisać (…) chciałbym pisać o widoku na ciemną szarość. Widok na ciemność nie jest monotonny. W tej ciemności błyskają dwa wybauszone świecidła i sypie się zewsząd grad ognistych much. Widok na ciemność to jest widok na chaos. A widok na chaos ma w naszym świecie silny walor wszechobecności. Jeżeli z czymś warto walczyć, to może ze statycznością. (…) On, ten świat, jest chaotyczny. Świecidła, goniące nie wiadomo dokąd wiedźmy, wreszcie, grad ognistych much...*
| Zakładając we wstępie
pisanie wbrew statyczności z jaką objawia się powierzchowna
warstwa rzeczywistości, Tabaczyński otwiera przed sobą przestrzeń
złożoną z niewypowiedzianego (niezauważalnego, albo zwyczajnie
pomijanego w codziennym oglądzie świata). Mamy więc podmiot
obserwujący, ciało odczuwające i zapisujące owe doznania, kontra
rzeczywistość wyraźnie rozdzielającą się na dwie strefy. Po
pierwsze mitycznego dzieciństwa. Po drugie nadmiernej całej reszty.
Na nie z kolei kładą się klasyczne bieguny wartościowania: ciało
i duch, użyte jednak w nowej konfiguracji.
Dla formalności należy
dodać, że „Widoki na ciemność” to zbiór eseistyczny,
tematycznie szeroki i na pierwszy rzut oka, zupełnie przypadkowy.
Obok wspomnień z dzieciństwa znalazło się tu miejsce dla szkiców
o Brechcie, komedii romantycznej, dekonstrukcji spamu erotycznego, w
końcu adoracji maszyny do pisania. Wszystko bogate
intertekstualnie: od Barthes'a po Muminki, językowo poprawne i
przyjemne w odbiorze. Na dodatek okazać się może, że każdy z
elementów zbioru znajduje się na właściwym miejscu, bo trzeba być
niezłym ignorantem, by nie zauważyć słów kluczy, które raz po
raz powracają w tekstach.
Wspomniane zwielokrotnione dychotomie, według których dzieli się rzeczywistość podmiotu, przebiegają klasycznym podziałem: dzieciństwo-dorosłość, cielesność-duchowość. Tym razem jednak w miejsce negowanego ciała wpisuje się abstrakcja. Charakterystyczna dla dzieciństwa namacalność łączy się ze wspomnieniami doświadczeń czysto fizycznych: zapach drewna w starym maglu, widok kurzu wirującego w świetle przekazują minimum treści a zaskakują intensywnością. |
Dzieciństwo staje się przestrzenią
wypełnioną obrazami i czynnościami. W odróżnieniu od dorosłości:
gęstej od rzeczy, przepełnionej przedmiotami i faktami, które w
natłoku zacierają się i tracą na znaczeniu, są rozmyte,
abstrakcyjnie bezsensowne, nieważne. Jedyną szansą na zbliżenie
się do niej ma dać język.
Nazywanie, a więc
namacalne ustanawianie istnienia, ma umocnić nowy świat, w którym
jedynym aktem społecznego rytuału są zakupy, a wspomnienia są
bardziej materialne niż rzeczywistość dziejąca się za rogiem.
Ratunek w języku jest przede wszystkim ratunkiem samego aktu
pisania: wspomnienie maszyny do pisania, zapisującej słowa w chwili
ich tworzenia, staje się szansą na zachowanie namacalności. Ciało
kontra oderwanie od niego, doświadczanie rzeczywistości poprzez
ciało kontra szum informacyjny, prawda kontra epidemia sztuczności.
Jest diagnoza, może nawet i wyjście ewakuacyjne. To jednak okazuje
się zajęciem wstydliwym i niegodnym, kto to widział pisać o
pisaniu.
„Widoki na ciemność”
nie są zbiorem oczywistym, a próba jednoznacznej (nad)interpretacji
wydaje się w ich wypadku nie tyle szkodliwa, co niemożliwa.
Pamiętając, że ciemność jest pulsującym chaosem, o tyle
strasznym co interesującym, warto spojrzeć na nią przez pryzmat
Tabaczyńskiego. Okazuje się niespodziewanie, że ma on „ten sam
widok – co ja, na ciemność”. Co nastraja całkiem
melancholijnie**.
|
*M. Tanaczyński, Widoki
na ciemność, Wrocław 2013, s. 5-6.
**T.Bernhard z motta do
„Widoków na ciemoność”
Za książkę dziękuję
wydawnictwu
oraz portalowi
wtorek, 19 listopada 2013
K. Koja, Fetysz
AUTOR: Kathe Koja
TYTUŁ: Fetysz
WYDAWNICTWO: Replika
LICZBA
STRON: 344
OCENA: 7/10
„Wiedzieliśmy, że to
gra, (…) staliśmy się świadomymi aktorami. Jak złamany szyfr,
wiedza, którą raz się posiadło, zmienia perspektywę na zawsze,
nie da się już patrzeć w inny sposób, wszystko można zmienić w
magię, i na swój sposób właśnie to robiliśmy. Z naszą lichą
pracą (…), ohydnym mieszkaniem, i hałaśliwymi sąsiadami z góry,
którzy na przemian kłócili się i pieprzyli (…) zmyślaliśmy na
ich temat historie, a potem wyśmiewaliśmy je, bo wszystko było
dozwolone, wszystko istniało po to, by żartować, by brudzić i
wywracać na nice. (…) Nigdy nie skrzywdziłem Sophie”*
Sophie i Jess od chwili
poznania wiedzieli że należą do siebie nawzajem. Ich związek stał
się punktem wyjścia nowego życia, odcinał się od przeszłości,
zapewniał bezpieczeństwo całkowitego oddania. Rzeczywistość
liczyła się dla nich o tyle, o ile wypełniana była razem:
tymczasową pracą, nocnymi wycieczkami ulicami miasta, tanim winem w
upalny dzień, ale przede wszystkim grą, której reguły znali tylko
oni – niemym poczuciem odrębności od reszty świata, życiem
tylko po to, by być razem. I miało być tak zawsze. Ale któregoś
dnia na ich orbicie pojawiła się Lena...
Nagle gra zmieniła
reguły. Hipnotyzująca Lena zburzyła spokój kochanków i szybko
zamieszkała w ich hermetycznym świecie. Po raz pierwszy zapragnęli
czegoś więcej, niż dobrze znanych dotyków i ulubionych miejsc.
Wyjątkowość Leny zachwycała wszystkich, każdy chciał ją mieć
tylko dla siebie, grzać się w jej blasku. Ona jednak zapragnęła
Jessa i Sophie, byli w końcu idealną realizacją jej idei,
rozumieli ją bez słów.
„Fetysz, (…) to
teoria mojego życia. (…) Wszystko przejawia się [przez niego],
(…) przez ten sposób patrzenia. (…) Jesteście fetyszem dla
siebie nawzajem. To przez siebie postrzegacie świat. Używanie
siebie nawzajem, by go zmieniać, by go tworzyć. Waszą wersję
świata. (…) To, że nie żyjecie tak po prostu jak inni, ale
konstruujecie swoje życie, jak w sztuce, znaczenie rodzi się w oku
patrzącego”**.
Odkąd rynek podbiły
powieści E. L. James, wydawcy kuszą się na wrzucanie do szuflady:
„erotyczny”, coraz to nowych pozycji w nadziei na dorównanie
sukcesowi poprzednikom. Nie trzeba mieć złudzeń co do ich jakości.
W takich okolicznościach strach pomyśleć co o „Fetyszu” może
sądzić potencjalny czytelnik: fabuła oparta o schemat trójkąta,
dwie kobiety, jeden mężczyzna, tajemnicza kochanka, która z dnia
na dzień wprowadza się do mieszkania pary, żyjącej ze sobą od
lat. Trąci banałem? Ale to przecież Koja! Tu nie ma miejsca na
dialogi truizmów.
Talent autora ujawnia się
najpełniej w sytuacjach, gdy kolejny raz trzeba opowiedzieć
historię, którą znają już wszyscy. Jak wywrzeć wrażenie, że
trójkąt kochanków zdarza się po raz pierwszy we wszechświecie?
Koja, jako jedna z nielicznych to potrafi. I nie chodzi tu wcale o
zaskakującą treść, ale o formę.
„Fetysz” to
wiwisekcja emocji, rozkład na części pierwsze psychiki, stadium
pożądania, obojętnienia, rozstania – opowieść z perspektywy
uczuć, nie zdarzeń, stąd fabułę można by streścić w garści
słów. Natężenie emocjonalności przemyconej w prostej językowo
prozie wzmacnia hipnotyczny rytm, tak charakterystyczny dla autorki.
Zdania często pozbawione interpunkcji zlewają się w ciągły potok
myśli, dyrygują poziomem odczuć, przyklejają się do odbiorcy i
zmuszają do przeżywania równie intensywnego co bohaterowie
powieści.
Powieść Koji męczy i
nie daje spokoju, nie można częstować się jej zbyt dużymi
dawkami, w końcu irytuje przewidywalnością. Jednocześnie
fascynuje magią języka, który stwarza z papierowych uczuć tak
rzeczywistą iluzję współodczuwania. Kunszt autorki widać w
detalach, niespiesznym tonie opisów, przyspieszającym do granic z
całą bolesnością. Dzięki takiej prozie zwykłe czytanie, zmienia
się w namacalne odczuwanie.
*s. 19-20
**s, 73-75
poniedziałek, 11 listopada 2013
Noe. Za niegodziwość ludzi, Aronofsky, Handel, Henrichon
TYTUŁ: Noe. Za niegodziwość ludzi
WYDAWNICTWO: SQN
LICZBA
STRON: 72
OCENA: 7/10
| Na ziemi spalonej mocą dwóch słońc, w otoczeniu barbarzyńskich hord wyniszczających resztki życia planety, mieszka Noe – mag, wojownik, ostatni z praworządnych. Ochrania potrzebujących, wierzy w przeżycie w zgodzie z naturalnym rytmem dni. Ziemia nie przyjęła deszczu od tak dawna, że nikt już nie pamięta jego zapachu, mimo tego Noego zaczynają nawiedzać sny o zbliżającym się potopie.Co może wyjść, jeśli połączyć biblijny kanon i wyobraźnię Darrena Aronofskiego? Traktując składniki, jako jakość samą w sobie, można spodziewać się dzieła wybitnego. I tak jest w pewnym sensie. Wydany przez SQN komiks, bazujący na scenariuszu Aronofskiego, to przedsmak tego co widzowie ujrzą na wielkim ekranie na początku przyszłego roku. Zapowiedziany na cztery części komiks o przygodach Noego, nie przypomina dotychczasowych dzieł Aronofskiego (por. np. „Pi”, „Requiem dla snu”, „Czarny Łabędź”). Pierwszy rzut oka na tom rozpoczynający serię dość jednoznacznie udowadnia, że kreowany świat będzie różnił się od pierwowzoru jedynie detalami. Te jednak genialnie rozbudują klimat łączący w sobie klasyczną fantastykę, postapokaliptyczne krajobrazy, zdehumanizowane potwory i uniwersalne wartości: ludzkie zło niezależne od czasu i miejsca, wieczną siłę cyklu życia, herosów ukrytych pod płaszczami włóczęgów. | O ile o jakości komiksu jako takiego służy siła wyrazu ilustracji, to grafiki do „Noego” autorstwa Niko Henrichona świadczą o genialnym przekazaniu maksimum treści fabularnej, przy minimalnym użyciu słów. Klimat zagłady budowany sepią i kontrastujące z nim błękity potopu, niesamowity dynamizm scen, precyzyjna kreska i konsekwencja jej użycia, świadczą o warsztacie na naprawdę wysokim poziomie. Przez typowy digital przebija się klasyczny ołówkowy szkic, całość łączy minimalizm w miejscu niedopowiedzeń. Rzetelnie zbudowane postacie i poprawna kompozycja kadrów są ilustracją przesłania – w miejsce tekstu, ten w istocie znany, staje się bazą do interpretacji, dla której kontekstem są z kolei grafiki Henrichona. Jeśli ktokolwiek odważyłby się przywłaszczyć sobie kanoniczną historię i wyciągnąć z niej kolejne, zaskakujące dno, to tylko Darren Aronofsky. Dotychczasowe filmy ukazują, że potrafi wiele, komiksowa wersja Noego rozbudza jednak apetyt na znacznie więcej. Zaproszenie do współpracy Henrichona okazało się strzałem w dziesiątkę – jeśli ekranizacja chociaż w połowie dorówna komiksowi – sukces murowany. Pomijając bowiem wielkie nazwiska i podobnych rozmiarów nadzieje, trzeba szczerze przyznać, „Noe” to naprawdę dobry komiks. Wyróżnia się grafiką, pięknym wydaniem i nieprzegadaną treścią. Coś nowego w dzisiejszych komiksowych publikacjach. |
D. Koontz, Odd Thomas. Diabelski pakt
AUTOR: Dean Koontz, Quennie Chan
TYTUŁ: Odd Thomas. Diabelski Pakt
WYDAWNICTWO: SQN
LICZBA
STRON: 208
OCENA: 4/10
Spokojne miasteczko Pico
Mondo niespodziewanie staje się areną kryminalnego wyścigu. Ktoś
morduje dzieci, babysitter otrzymuje listy z pogróżkami od
prześladowcy, w powietrzu wisi kolejna zbrodnia. Czas nagli, a trop
szybko się urywa. Na szczęście lokalna policja ma wsparcie w...
pewnym kucharzu z miejscowej naleśnikarni. Odd Thomas, mimo iż
wygląda całkiem niepozornie, skrywa tajemnicę, która może pomóc
w śledztwie.
wtorek, 29 października 2013
G. Damico, Zgon
AUTOR: Gina Damico
TYTUŁ: Zgon
WYDAWNICTWO: Fabryka Słów
LICZBA
STRON: 405
OCENA:
6,5/10
Ostatnich tygodni z życia
szesnastoletniej Lex nie możnaby nazwać najlepszymi. Letnie wakacje
za pasem, a ona kolejny raz cudem uniknęła zawieszenia za pobicie
kolejnej osoby w szkole. Rodzicom kończą się pomysły, jak
okiełznać agresywną nastolatkę. Ostatnią deską ratunku wydaje
się zaproszenie wuja Morta. Mała wieś, której próżno szukać na
mapach i ciężka praca na farmie, mają przypomnieć Lex, jakim
cudownym dzieckiem była jeszcze nie tak dawno. Mimo oczywistych
sprzeciwów, nastolatka trafia pod opiekę wuja. Na odciętej od
świata prowincji czeka ją sporo pracy, nie jednak takiej, jakiej
mogłaby się kiedykolwiek spodziewać...
czwartek, 10 października 2013
E. Carrere, Wąsy
AUTOR:Emmanuell Carrere
TYTUŁ: Wąsy
WYDAWNICTWO: Wyd. Literackie
LICZBA
STRON: 208
OCENA:
6/10
„ - Co byś
powiedziała, gdybym zgolił wąsa?
Agnes (…) zaśmiała
się lekko (…) - Tu byłby dobry pomył. (…)
A gdyby tak ją zaskoczył
i naprawdę zgolił wąs? (…) Raczej nie potraktowała tego zamiaru
poważnie (…). Podobał się jej w wąsem, sobie zresztą też,
jakkolwiek odzwyczaił się od własnego widoku bez zarostu (…)
Jeśli nowa twarz mu się nie spodoba, zawsze będzie mógł z
powrotem zapuścić wąs. (…) Zaśmiał się bezgłośnie, jak
dzieciak, który szykuje złośliwego psikusa, po czym wyciągnął
rękę i sięgnął po nożyczki”*
Zaczyna się od
niewinnego żartu. Pewnego wieczoru Marc decyduje się zgolić wąsy,
które po latach goszczenia na jego twarzy, zdążyły stać się
stałym elementem wyglądu. Jak wielkie musiało być jego
zdziwienie, kiedy żona zdaje się niczego nie zauważać. A zaraz
potem wszyscy, których zna, zgodnie twierdzą, że feralnych wąsów
nigdy nie było...
poniedziałek, 23 września 2013
R. LaFevers, Posępna litość
AUTOR:Robin
LaFevers
TYTUŁ:
Posępna litość
WYDAWNICTWO:
Fabryka Słów
LICZBA
STRON: 560
OCENA:
6/10
„Noszę ciemnoczerwone
piętno, biegnące od lewego ramienia po prawe biodro, ślad po
truciźnie, którą matka dostała od znachorki, by pozbyć się mnie
ze swego łona. Według znachorki fakt, że przeżyłam, to nie żaden
cud, a znak, że zostałam poczęta przez samego boga śmierci”*.
Los Ismae, niechcianej od
chwili poczęcia, był z góry przesądzony. Wyszydzana przez
współmieszkańców wioski, traktowana przez rodzinę jak zło
konieczne, miała być jak najszybciej sprzedana przyszłemu mężowi.
Bogowie chcieli jednak inaczej, w jednej chwili szczęśliwy zbieg
okoliczności sprawia, że dziewczyna z ofiary ma szansę stać się
oprawcą...
czwartek, 1 sierpnia 2013
P. K. Dick, Płyńcie łzy moje, rzekł policjant
AUTOR:Philip K. Dick
TYTUŁ: Płyńcie
łzy moje, rzekł policjant
WYDAWNICTWO: Rebis
LICZBA
STRON: 312
OCENA: 7/10
„Ja nie istnieję,
powiedział sobie. Nie ma Jasona Tavernera. Nigdy nie było i nie
będzie. Do diabła z moją karierą – po prostu chcę żyć. (…)
Znalazłem się na dnie, pomyślał. Nie mogę nawet zapewnić sobie
fizycznego istnienia. Ja, człowiek, który wczoraj miał
trzydziestomilionową widownię. Pewnego dnia jakoś ją odzyskam,
ale nie teraz. Najpierw mam ważniejsze rzeczy do zrobienia”
Jednego dnia był na
szczycie list przebojów, a jego wieczorny program oglądało 30
milionów widzów spijających mu każde słowo z ust, drugiego budzi
się w obskurnym pokoju hotelowym, nie wiedząc skąd się tam
znalazł. Pamięta kim jest, to Jason Taverner niezrównana gwiazda
sceny muzycznej, której płyty sprzedają się w milionach
egzemplarzy, niestety nikt poza nim nie może tego potwierdzić.
Taverner po przebudzeniu z płytkiego snu oficjalnie przestaje
istnieć, a to że wydaje mu się, że jest, kim był jeszcze wczoraj,
równie dobrze może być bełkotem szaleńca...
środa, 31 lipca 2013
M. Marr, Opiekunka grobów
AUTOR: Melissa Marr
TYTUŁ: Opiekunka grobów
WYDAWNICTWO: Replika
LICZBA
STRON: 316
OCENA: 6/10
„ –Tyle piękna się
marnuje – szepnęła Maylene, gdy ludzie rzucali kwiaty na kolejną
trumnę. – Tak jakby trupom potrzebne były kwiatki. – Odwróciła
się do Rebeki i spytała, patrząc z powagą: – Czego potrzebują
umarli?
- Modlitwy, herbaty i
odrobiny whisky (…) Potrzebują strawy.- Wspomnień. Miłości. Wolności – uzupełniła Maylene”*.
Małomiasteczkowy spokój
Claysville burzy fala brutalnych morderstw. Pierwsza ofiara,
staruszka opiekująca się miejscowym cmentarzem, choć znaleziona we
własnym domu w kałuży krwi, nie skłania policji do zajęcia się
sprawą. O wiele ważniejsza wydaje się być kwestia jej szybkiego
pochówku... Z tego powodu do miasta wraca Rebeka, wnuczka zmarłej.
Choć strata babci wydaje się jej w tym momencie największą
tragedią, nie może wiedzieć, że powrót do Claysville przyniesie
ze sobą szereg niespodziewanych wydarzeń, które odmienią niejedno
życie. Tymczasem giną kolejne osoby...
J. Brody, 52 powody, dla których nienawidzę mojego ojca.
TYTUŁ: 52 powody,
dla których nienawidzę mojego ojca.
WYDAWNICTWO: Fabryka Słów
LICZBA
STRON: 413
OCENA: 5/10
Lexington Larrabee ma
wszystko: wielomilionową fortunę swojego ojca – rekina biznesu,
hiper luksusowe życie, tłum fanów i śliczną buzię, która
spogląda z wyższością na resztę świata z co drugiej okładki
kolorowego czasopisma. Znana z bycia sławną i bogatą Lex, żyje od
imprezy do imprezy, nie interesując się niczym poza własnymi
przyjemnościami. Nie przejmuje się nawet za bardzo faktem, że
właśnie po pijaku rozbiła swoje najnowsze auto – tatuś wszystko
załagodzi odpowiednią dotacją. Ważne, że za kilka dni kończy 18
lat i z tej okazji uzyska prawa do swojego funduszu powierniczego,
stanie się posiadaczką 25 milionów dolarów. Nie spodziewa się,
że ukochany tatuś ma w związku z tym trochę inne plany...
piątek, 28 czerwca 2013
J. Savage, England's Dreaming. Historia punk rocka.
AUTOR: Jon Savage
TYTUŁ: England's Dreaming. Historia punk rocka.
WYDAWNICTWO: Axis Mundi
LICZBA
STRON: 500
OCENA: 7/10
„Punk zjednoczył stylistów z
przedmieść, nastoletnich uciekinierów, zatwardziałych radykałów
z lat 60., gejów i lesbijki, artystów, kiboli, intelektualistów,
fanów big beatu, wyrzutków wszelkiej maści"*. W jaki sposób?
Przecież to proste: „wybierasz akord, brzdąkasz sobie i już masz
muzykę”*. Nie ma chyba jednak gatunku, w którym muzyka staje się
większym pretekstem do konfrontacji z rzeczywistością –
społecznie radykalną, szczelnie zamkniętą obyczajowo. I choć
krzykliwa reakcja na nią wydaje się oczywista, historia punk rocka
udowadnia, że krzyczeć można na nieskończenie wiele sposobów.
poniedziałek, 3 czerwca 2013
E. Ostrowska, Oto stoję w deszczu ciała
AUTOR:
Eda Ostrowska
TYTUŁ:
Oto stoję w deszczu ciała
WYDAWNICTWO:
Jirafa Roja
LICZBA
STRON: 151
OCENA:
8/10
„Czuję się pusta,
głębinowa, dudnię i nie widzę innego porozumienia między mną a
światem jak poprzez metal i pragnienie chwili. Zaciskam oczy,
trzymam się kurczowo zrudziałego kota, sprzęty, lalki, szpilki,
sondy cisną do porów mojego ciała, zagłuszają szum drzew w
latrynie aorty. Odgłosy rosną, wyzwalają z kolorów, kształtów,
poręczy i funkcjonują jako pionowa woda. Jestem z drewna i bodźca,
a świat pulsuje okrutny i agresywny, umrę i słowo szumieć będzie
pastelowo”*.
Jak opowiedzieć o
świecie, który przysłania raz po raz granatowy kontur drzew i
sznur noszony w lewej kieszeni (do skorzystania w odpowiednim
momencie)? Skoro nad bilans zysków kładzie się pragnienie ucieczki
do szpitala psychiatrycznego, rzeczywistość to tylko pretekst do
projekcji siebie. Eda ma dwadzieścia lat i opowiada siebie w
słowach, zawieszona pomiędzy bolesnym byciem i strachem kuszącego
niebycia.
niedziela, 19 maja 2013
M. Axelsson, Pępowina
AUTOR:
Majgull Axelsson
TYTUŁ:
Pępowina
WYDAWNICTWO:
WAB
LICZBA
STRON: 541
OCENA:
7/10
„- Dlaczego jest im tak
trudno? - zapytała w końcu Margueritte. - Dlaczego całe życie
jest dla nich takie cholernie trudne? Nie odpowiedziałam od razu
(…). - Nie mam pojęcia. - Ale z dziewczynami też tak jest? (…)
-Tak. Jest trudno. Bezgranicznie trudno. - Bo muszą być ładne i te
rzeczy? - Nie tylko. Ale to też. (…) - Myślisz, że to nasza
wina? (…) - Tak. Tak myślę. (…) -Ale jaki błąd popełniłyśmy?
Co u licha zrobiłyśmy źle? (…) - Nie mam pojęcia”1.
Niespodziewanie silny
sztorm nawiedza okolice szwedzkiej prowincji. Nielicznych pechowców
zagubionych w ciemności ściągają z oddali światła przydrożnej
karczmy u Sally. Chwilowe zamknięcie w oczekiwaniu na ratunek
generuje powierzchowne więzi. W przypadkowych rozmowach wyjdą na
jaw podobieństwa, w przemilczeniach długo skrywany ból. Karczma u
Sally na jeden wieczór zgromadzi koszmary kobiet, zawody rodziców,
cichy bunt ich dzieci.
poniedziałek, 22 kwietnia 2013
Colette, Dialogi zwierząt
AUTOR:
Sidonie Gabrielle Colette
TYTUŁ:
Dialogi zwierząt
WYDAWNICTWO:
WAB
LICZBA
STRON: 201
OCENA:
7/10
„Dwunożni
pojęcia nie mają o egoizmie, o prawdziwym egoizmie Kotów... (…)
Psiaku bez manier i uprzedzeń czy potrafisz mnie zrozumieć lepiej
niż oni? Kot jest gospodarzem, a nie zabawką! Czyżby Dwunożni, On
i Ona, byli jedynymi istotami mającymi prawo do smutku, radości,
wylizywania talerzy, złoszczenia się, snucia po domu w złym
humorze? Ja również miewam swoje kaprysy, swoje smutki, swój
zmienny apetyt, swoje godziny samotności poświęconej marzeniom
kiedy odgradzam się od świata...”*.
Gdyby
pozwolić dojść do głosu naszym zwierzętom domowym, co by miały
do powiedzenia? Narzekałyby na monotonne posiłki, za krótkie
spacery, a może w trakcie poobiedniej sjesty omawiałyby uniwersalne
prawa wszechświata? Colette, znana przede wszystkim z serii o
przygodach Klaudyny, oddaje głos manierycznej kotce Kiki i
buldożkowi francuskiemu Toby'emu. Świat oglądany ze zwierzęcej
perspektywy, w końcu może zrzucić maski i ukazać swoje prawdziwe
oblicze.
niedziela, 21 kwietnia 2013
J. Cortázar, Niespodziewane stronice
AUTOR:
Julio Cortázar
TYTUŁ:
Niespodziewane stronice
WYDAWNICTWO:
Muza
LICZBA
STRON: 368
OCENA:
8/10
Jeśli istnieje twórca,
którego podziwiam bezkrytycznie niezależnie od czasu, zmian w moim
życiu, rozwoju/regresu intelektualnego, megalomanii, albo smaku na
konfiturę wiśniową w środku nocy to jest to niewątpliwie
Cortázar.
Nasz związek trwa bez mała lat osiem, podczas których przeczytałam
niemalże wszystko, co zostało wydane w języku polskim (zostawiając
sobie na deser Autonautów i pół Modelu do składania,
co by mieć, po co żyć jeszcze przez jakiś czas), zaczytałam Grę
w klasy w sposób skandaliczny, nauczyłam się podstaw
hiszpańskiego, by poczytać oryginały, stałam się jawnym wyznawcą
jego boskości i gdy już godziłam się, z myślą, że kończą mi
się możliwości wycieczek w cortazarowskie światy, pojawiły się Niespodziewane stronice.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



























