piątek, 23 listopada 2012

T. Kołodziejczak, Czerwona mgła

„Kiedy pędził przez las, wciąż słyszał w głowie jej głos. Niby senne wezwanie zostawiło w jego mózgu znacznik, wskazujący właściwą drogę. (…) Pędził więc na spotkanie, a wewnętrzny radar mówił, że jest coraz bliżej. (…) Kajetan, geograf, tropiciel szlaków, czuł, że świat wokół niego płynie, że wymiary pęcznieją i zapadają się, że lokalne horyzonty zdarzeń odcinają przestrzeń, a spięcie magii elfów i balrogów tworzy nową geografię pogranicza. Ziemia przy tym nie dygotała, drzewa się nie waliły, nie pękały kamienie. Wszystko działo się płynnie, bez punktów nieciągłości, w milczeniu”1.

Świat kończył się już po tysiąckroć i za każdym razem wychodziliśmy z tego obronną ręką. Tym razem zagrożenie nie przyszło z kosmosu, nie uderzył w nas meteoryt, nie zniszczyły trzęsienia ziemi, ani plaga szarańczy. Któregoś razu nasza swojska rzeczywistość odkształciła się i tak już została. Normalność zadeptały balrogi, żywiąc się energią i czystym cierpieniem. Na ratunek przyszły elfy, magia i technologia. Chaos przenikających się wymiarów zmiótł z powierzchni współczesność, zostawiając ludzkość w quasi-średniowieczu, poczuciu wiecznej niepewność i towarzystwie zmutowanych stworów, rodzących się na zniszczonych przez magię terenach. Ale przecież to też damy radę przeżyć...

Polska ostała się, na tronie zasiadł elfi król, wojska patrolują chybotliwe granice rzeczywistości. Do misji niemożliwych posyła się jak zwykle bohatera na miarę czasów – Kajetana Kłobudzkiego, geografa królewskiego, ten przekroczy wymiary z Kluczem Przejścia na szyi, stoczy walkę z nieujarzmionym niebezpieczeństwem, posiłkując się raz to zapomnianą magią, raz bojową bronią. 

I to właściwie tyle jeśli chodzi o spójność fabuły, bo „Czerwona mgła” to 4 opowiadania (z tego zaledwie 1 nigdy wcześniej nie publikowane) z post-apokaliptycznego uniwersum, które Kołodziejczak zgrabnie skomponował, łącząc w nim wszystko, co teoretycznie połączone być nie mogło. Tolkienowskie balrogi, elfy walczące ramię w ramię z ludźmi, rzeczywistość przekształcająca się w niekontrolowany sposób, dużo gadżeciarskiej technologii i pradawne zaklęcia, Kłobudzki niby heros, kilka kobiet do uratowania, potworów do zabicia, a w tle Polska (od miejsca akcji po kawalerię husarską sic!). 

Uniwersum broni się samo, czego nie można powiedzieć o fabule. Bo choć czyta się to wszystko z wielką przyjemnością za sprawą świetnego warsztatu autora i wielu oryginalnych konceptów (tu szczególnie postać Anny Naa'Maar z „Pięknej i grafa”, albo końcówka tytułowej „Czerwonej mgły”), to w żądnym wrażeń czytelniku pozostaje niedosyt, szczególnie gdy uświadamia sobie, że akcja opowiadań tak czy inaczej skupia się w bieganiu po lesie i sieczeniu potworów. Chciałoby się przeczytać coś większego i wielowątkowego, bo potencjał świata Czarnego Horyzontu nie został w pełni wykorzystany.

Fani, zaznajomieni z dotychczasową twórczością Kołodziejczaka mogą czuć się zawiedzeni, na mnie jednak pierwsze spotkanie z geografem Kłobudzkim zrobiło spore wrażenie. Świetny styl i dobrze pomyślane uniwersum złożyło się na naprawdę niezły kawałek fantastyki. Być może nie na miarę Dominium Solarnego, ale mimo wszystko broniący się oryginalnością i pozostawiający ochotę na więcej.

1T. Kołodziejczak, Czerwona mgła, Lublin 2012, s. 54-55.

Za książkę dziękuję serdecznie wydawnictwu:
 

3 komentarze:

  1. Z pewnością przeczytam, tylko wpierw trzeba ją zdobyć. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. no ciekawa jestem :)może kiedyś...;)

    OdpowiedzUsuń