niedziela, 4 marca 2012

Ann Brashares, Nigdy i na zawsze


Źródło grafiki
Z okazji nadchodzącej wiosny postanowiłam odrzucić na moment swój zaskorupiały dystans do życia i poczytać romans o ładnej okładce. Rozgwieżdżone niebo i zapewnienia, że „miłość trwa dłużej niż życie” miały przywrócić mi wiarę w moc przeznaczenia, które przyciągnie do mnie księcia na białym koniu. Będziemy żyć długo i szczęśliwie, chyba że okaże się on tak zachowawczym i irytującym stworzeniem jak Daniel, bohater książki Brashares...

Pomysł był prosty, a przez to dobry: istnieje reinkarnacja, która wespół zespół z karmą zapewnia nam kolejkę narodzin. Część duszy odradza się w każdym wcieleniu, czego oczywiście zwykły śmiertelnik nie wie. By zapewnić mały zakręt fabularny, musi pojawić się błąd w systemie: tym błędem jest Daniel – mężczyzna posiadający świadomość swych poprzednich wcieleń. Ciekawie zaczyna się robić dopiero, gdy jako mały okrutnik, żyjący w 541 roku, zabija piękną kobietę. Złośliwe przeznaczenie postanowiło, że połączy ich na wieki. Dosłownie.
Tajemnicą nie jest, że piękna nieznajoma będzie powracała w kolejnych wcieleniach i chcąc nie chcąc Daniel ją pokocha. Bo tak to już jest, że nasi bliscy pozostają koło nas na zawsze, choć niekoniecznie w typowych dla siebie rolach. Kobieta wraca jako arystokratka, sierota, a któregoś razu jako żona złego brata Daniela. Nasz szlachetny bohater ratuje ją z rąk tego nikczemnika, czym zaskarbia sobie jej uczucie. Konwenanse nie pozwalają na połączenie się kochanków, postanawiają więc, że spotkają się w kolejnym życiu. I tak mijają się przez kolejnych 1500 lat.
Tak ambitny pomysł zasługiwał na niesamowitą realizację. Jednak nie doczekał się jej. Autorka nie ma pojęcia o czasach, o których pisze – a na ponad 300 stronach chciała zaprezentować przekrój społeczeństw szesnastu wieków. Braki wiedzy historycznej i obyczajowej próbuje rekompensować analizą osobowości Daniela, jego rozmyślaniami i tęsknotami. Nuży to czytelnika niemiłosiernie, akcja (a raczej jej brak) wlecze się setki lat, bez wyraźnego sensu, jeśli pominąć ten oczywisty – ma doprowadzić nas do współczesności, w której dzieje się właściwa historia. Kreacja postaci również nie rzuca na kolana. Sophia – czyli wybranka Daniela w każdym swym wcieleniu jest piękną i nudną dziewczyną, która podekscytowana istnieniem kochanka z przeszłości potrafi porzucić całe dotychczasowe życie i jechać do obcego kraju szukać wskazówek od swojej inkarnacji. Sam Daniel, niewzruszony przemijaniem czasu, dopiero po setkach latach postanawia walczyć o kobietę, którą kocha. Irytuje. Tym, że zjawia się w życiu obcej kobiety, przekonany, że ta uwierzy w te brednie o reinkarnacji i miłości trwającej wieki. Tym, że odchodzi, kiedy robi się trudno, bo przecież ma czas na wszystko.
Brashares nie popisała się. Nawet jeśli z przymrużeniem oka potraktujemy nieprawdopodobieństwo historii, a nasz wewnętrzny romantyzm zagłuszy na chwilę oburzenie wywołane kiepską motywacją i brakiem wartkiej akcji, to i tak nie spotka nas za to nagroda. Zakończenie to królestwo banału i naiwności. Ni stąd ni zowąd pojawia się nieprzyjaciel z przeszłości, próbujący pokrzyżować plany kochanków. Nagle wkraczamy w wątki niczym z powieści awanturniczej: porwania, ucieczki, przebieranki i nagłe odnalezienia. Do gatunkowych inspiracji brakuje tylko statku kosmicznego.
Powieść bardzo mnie rozczarowała. Zgodnie z zapewnieniami na okładce oczekiwałam czegoś w stylu „Żony podróżnika w czasie”. Dostałam może coś więcej niż przeciętny romans: romans z aspiracjami. Niestety na oczekiwaniach: zarówno autorki jak i czytelnika skończyło się.

Ocena 2/6
 Recenzja napisana dla portalu:

2 komentarze:

  1. a mnie się marzy ta książka i na pewno przeczytam, mam nadzieję, że się nie zawiodę :)

    OdpowiedzUsuń
  2. mamy podobne odczucia co do książki. Ta akcja, a w zasadzie jej brak...

    OdpowiedzUsuń