czwartek, 21 lutego 2013

Z serii: pokaż swoje szaleństwo - moja biblioteczka

Dziś dla odmiany od literek będą obrazki. Jestem pewna, że wszyscy piszący o książkach wyznają złotą życiową zasadę, że książek nigdy nie za wiele. Z okazji, że wreszcie dorobiłam się regału i nie ustawiam już stosów na każdej wolnej powierzchni, chciałam pochwalić się moją obsesją zbieractwa - mówiąc prościej - oto moje książki ;)

1. Półki nad łóżkiem, czyli jeśli zginę przygnieciona książkami, to przynajmniej nie byle czym:

Tu między innymi trochę Palahniuków, ciekawych dziwactw od wyd. Czarnego, Carrolla...
A tu ambitniej: Gombrowicz, Tyrmand, Kafka, trochę biografii malarzy, poezja, cały realizm magiczny i iberoamerykańcy.
Jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości, że jestem psychofanką Cortazara to właśnie powinien je stracić. Ta brzydka, poklejona brązową taśmą książka to Gra w klasy, czytana tyle razy, że rozpada się w rękach.

2. Regał: czyli nic ambitnego, ale jak ładnie to wygląda:


środa, 20 lutego 2013

R. Bolaño, Rozmowy telefoniczne


AUTOR: Roberto Bolaño
TYTUŁ: Rozmowy telefoniczne
WYDAWNICTWO: Muza
LICZBA STRON: 208
OCENA: 7/10
 
Mieszkałem na przedmieściach Girony, w zrujnowanym domu (…) i właśnie straciłem pracę, (…) która zwiększyła moją skłonność do niesypiania nocą. Prawie nie miałem znajomych i zajmowałem się jedynie pisaniem oraz chodziłem na długie spacery, które zaczynały się o siódmej wieczorem, zaraz po przebudzeniu, kiedy ciało doświadcza czegoś w rodzaju jetlagu, stanu bycia i niebycia zarazem, dysonansu wobec tego, co mnie otacza, nieokreślonej kruchości”1.

sobota, 16 lutego 2013

C. Millan, Jak zostać przywódcą stada

Każdy, kto kiedykolwiek znalazł chwilę czasu, by pooglądać programy nadawane na National Geographic Channel, nie mógł nie natknąć się na „Zaklinacza psów”, w którym latynoski psi guru obiegu popularnego, z wyjątkowo białym uśmiechem w magiczny sposób znajduje lekarstwo na wszelkie psie przypadłości wychowawcze. Cesar Millan – specjalista od psich problemów, ni to behawiorysta, ni to treser za sprawą skutecznych i ekspresowych technik na oczach widzów zmieniał rozszalałe bestie w pokorne pluszaki. Nic dziwnego, że zyskał popularność. Jednak nikt, kto zna przynajmniej podstawy psiej psychologii, nie traktuje jego praktyk poważnie. Oglądając „Zaklinacza psów”, mimowolnie spinam się w sobie, na rzucane przez Millana hasła 'dominacji' i 'przywództwa w stadzie” (które nijak mają się do psów, co przyznał nawet jej twórca, Fisher!) cierpnie mi skóra, na widok stosowanych przez niego metod siłowych i ignorowania psich sygnałów uspokajających, mam ochotę zastosować te metody na nim samym. Nie jestem fanką Cesara Millana, ale mimo tego, a może właśnie z tego powodu, nie mogłam odmówić sobie zapoznania się z jego publikacjami, wszystko żeby poznać język 'wroga'.

Zadziwiające jest to, jak wychodząc od tak poprawnych przesłanek psiej psychologii, z którymi nie mogę się nie zgodzić, Millan tworzy tak sprzeczną im teorię, którą wykorzystuje w praktyce. Punkt wyjścia jest bezapelacyjnie prawidłowy: psy są naszymi lustrami, a większość ich problemów to przełożenie naszych negatywnych emocji i niekonsekwentnych zachowań. Mówiąc prosto: nie wyznaczamy żadnych zasad naszym słodkim szczeniaczkom, pozwalamy im na wszystko, bo są takie rozkoszne, a któregoś dnia, ni z tego ni z owego, wyrastają na 40 kilogramowe potwory, które przewracają nas przy powitaniu, kradną jedzenie ze stołu, a ze spaceru urządzają bieg przełajowy za ciągnikiem (pamiętacie Marleya? O nim też znajdziecie tu co nieco). Wtedy zauważamy, że mamy problem i potrzebujemy magii osób pokroju Cesara.

Ten na początek uświadomi nam, że to my jesteśmy winni, a nie psy – racja. Opowie o pojęciu energii, która ma kluczowe znaczenie w kontaktach ze zwierzętami, a dopiero później o akcesoriach, które mogą pomagać w wychowywaniu psów. Spróbuje przedstawić świat z psiej perspektywy (z czym nie do końca się zgadzam), rozwinie zależności rasy i sposobu pracy z psem. W końcu opisze podstawowe problemy wychowawcze, które najczęściej spotykał w pracy i sposoby na pozbycie się ich (z czym się prawie wcale nie zgadzam). Całość ubarwiają autentyczne historie psów, z którymi pracował, a których przypadki mogliśmy oglądać w programie telewizyjnym.

Po lekturze „Jak zostać przywódcą stada” mam skrajnie mieszane odczucia. Bo oczywiście, wszystko opisane jest łatwo i miło, z przyjemnością czyta się o tych wszystkich 'cudownie uzdrowionych' psich potworach, ale jak to ma się do rzeczywistości? Ponad pseudo dominację stawiam w kontaktach ze zwierzętami na pełne zaufanie i szkoleniowe metody pozytywne i mimo ładnych słów Millana, nie potrafię podzielać jego dążeń do zyskania szacunku zwierzęcia ponad wszystko inne. Z drugiej strony, autor zwraca uwagę na kilka istotnych kwestii, które świadomie chcemy pomijać, ubierając yorki w różowe sukieneczki i karmiąc je ze złotych miseczek – uczłowieczamy psy, nie zwracając uwagi na ich naturalne potrzeby i predyspozycje.

Polecam, choć nie do końca zgadzam się z przedstawionymi informacjami. Warto zapoznać się z innym punktem widzenia, choćby po to, by utwierdzić się we własnym – Millana warto czytać, ale tylko świadomie. „Jak zostać przywódcą stada” to nie podręcznik jak zmienić się w psiego guru i choć traktuje czasem o oczywistościach, w ogólnym rozrachunku jest wyraźnym głosem dotyczącym psiego wychowania, którego zainteresowani tematem nie mogą nie znać.

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu:

czwartek, 14 lutego 2013

M. Przygońska, Dotyk Serca droga do poznania siebie


„Żyjemy pod presją oczekiwań społecznych, zawodowych i rodzinnych oraz naszych własnych, ograniczających przekonań, które zbudowaliśmy sami lub przyjęliśmy od babć, dziadków, ojców i matek. Żyjemy w Matrixie, nie będąc nawet tego świadomi. (…) Czy musimy żyć według jakiegoś planu? Nie, jesteśmy przecież wolni”1.

Z nagłej świadomości tego stanu i potrzeby zmian zrodziła się ta niezwykła książka – opis drogi, którą musiała przejść autorka, by dostrzec nowe możliwości swojego życia. Niełatwego procesu uświadamiania sobie dotychczasowych ograniczeń, ich akceptacji i nauki nowego podejścia do codzienności, która zamiast być źródłem cierpienia, dostarczy pola do realizacji marzeń.

poniedziałek, 11 lutego 2013

M. Kruszona, Czarnomorze. Wzdłuż wybrzeża, w poprzek gór.


„Śmierć w języku polskim jest kobietą. W większości pozostałych języków bywa mężczyzną. (…) Ponury żniwiarz, genialny szachista, bezwzględny higienista, ale też Faust, Dracula i Moby Dick – wszystko to nie są kobiece role. (…) Kobieta raczej życie daruje, niż odbiera. Kobietami są Gruzja, Turcja, Ukraina, Mołdawia, Bułgaria i Rumunia... tak jak większość ojczyzn, a może lepiej lepiej macierzy, dbających o swoich mieszkańców. (…) I choć Argentyna, Uganda, Kenia, ale i Japonia, nie są wcale przyjaźniejsze od Niemiec, Chin i Meksyku, to jednak ja wybieram te pierwsze, stawiając je ponad nieżeńskimi Węgrami czy Niemcami”1.

Wybierając cel podróży zazwyczaj kierujemy się turystyczną popularnością miejsc, słynących z klasycznych zabytków, pięknych widoków i gościnnych gospodarzy. I nic w tym dziwnego, bo mało kto może pozwolić sobie na wyprawy w rejony nie do końca znane i bezpieczne, stąd podróż na stałe zrosła się w naszej świadomości z odpoczynkiem. Znam jednak człowieka, który pewnego dnia spakował plecak i nie mówiąc nikomu, wyruszył samotnie, autostopem w kierunku dawnego Czarnomorza. Gdy wrócił po pół roku, mało kto wierzył w te opowieści z pogranicza snu, ale wszyscy czuli zamkniętą w nim nostalgię za osobnym światem pogranicza. Michał Kruszona przebył podobną drogę i choć pisząc o niej, zaledwie muskał atmosferę mijanych miejsc, raz słyszane opowieści odżyły we mnie na nowo.

niedziela, 3 lutego 2013

K. Robinson, Uchwycić Żywioł. O tym, jak znalezienie pasji, zmienia wszystko

Gillian miała 8 lat, uczyła się słabo, w czym nie pomagało jej ciągłe wyglądanie za okno, albo uporczywie wiercenie się na krześle, które przedkładała nad słuchanie nauczycieli. Wszystko to działo się to w latach 30., gdy pojęcie ADHD nie było jeszcze szeroko znane, stąd rodzice zaniepokojeni wizją jej prawdopodobnego opóźnienia w rozwoju, zabrali córkę do psychologa. Ten zamiast zadawać krępujące pytania, zajął się czystą obserwacją i już po chwili, widząc małą Gillian, z gracją poruszającą się do dźwięków muzyki płynących z radia uspokoił rodziców: „Gillian nie jest chora. Jest tancerką. Niech ją pani zabierze do szkoły tańca”. Tam dziewczynka poznała osoby podobne do niej. „Ludzi, którzy musieli się ruszać, żeby myśleć”. Mała Giliian to nikt inny jak Gillian Lynn, wybitna choreografka Andrew Lloyda Webera, z którym stworzyła musicalowe arcydzieła „Koty” i „Upiora w operze”. Nie stało by się tak, gdyby w odpowiednim momencie życia nie trafiła na człowieka, który w jej inności dostrzegł talent, który zmienił całe jej życie, pozwolił uchwycić żywioł.

sobota, 2 lutego 2013

Stos styczniowo-lutowy


Ilość książek jest w moim wypadku jak zwykle odwrotnie proporcjonalna do ilości wolnego czasu. Stos zaległych recenzji rośnie przez to w zastraszającym tempie, a ja zamiast zabrać się do roboty, wędruję w międzyczasie do biblioteki. Tym sposobem znów nie mogłam się oprzeć i zostawić na półce, wołających do mnie książek... 

Recenzencki:
MG: absolutnie przepiękne, ilustrowane wydanie Sklepów cynamonowych Schulza
 Filar: Czakry. Podróż w głąb siebie + karty
Oblicza Kultury: - Bolano, Rozmowy telefoniczne
- Foenkinos, Nasze rozstania
- Wilson, Rodzina na pokaz
- Izaguirre, I nagle stało się wczoraj
Illuminatio: - Milan, Jak zostać przywódcą stada
- Przygońska, Dotyk serca
- Frater, Gdzie żyją demony

Biblioteczny:
- z półki nowości rzuciło się na mnie W otchłani Revis
- a okładką i opisem porwało Zoo city Beukesa
- potem już standardowa wycieczka wśród półek, nie było Axelsson, ale z Serii z miotłą przyplątała się Opowieść żony, Lansens
- od L blisko już było do P, nie mogłam odmówić sobie kontynuacji wędrówki w psychozy wujcia Palahniuka i porwałam Rozbitka
- już miałam wychodzić, kiedy pomarańczową okładką zaświeciła Długa droga w dół Hornby'ego i pokonana nie mogłam jej odmówić

Wszystko to świadczy o mojej niepoczytalności, która jak się okazuje jest rodzinna, bo niedługo potem zza bibliotecznego regału wyłoniła się moja własna matka. A tam i Picoult i coś autorki Marleya i Kasia Michalak. Po co spać, kiedy można czytać...